czwartek, 10 stycznia 2008
Dawno już nigdzie nie byłem i mój blog zaczął powoli zarastać pajęczynami. Postanowiłem więc cofnąć się nieco w czasie do czasów „okołolicealnych” i jeszcze wcześniejszych. „Było nas trzech w każdym z nas inna krew..(…)”. Jakby to było o nas. Pamiętam pierwsze wyjazdy w jaskinie. Nie mieliśmy o tym wielkiego pojęcia. Stare spodnie wojskowe i żółta nylonowa kurtka stanowiły mój jaskiniowy ekwipunek. To wystarczyło żeby „eksplorować”.
wtorek, 06 listopada 2007
I znów wolne dni i chęć żeby pojechać w góry staje się rzeczywistością. Tym razem padło na Wildspitze. Drugi szczyt Austrii. 3774 m.n.p.m. Może nie jakoś powalająca wysokość ale Alpy to Alpy. Jedziemy!
wtorek, 30 października 2007
Wędrujemy z plecakami. Przewodnik i kompas w ręku. Wszystko co potrzebne mamy ze sobą. Mamy siebie i cały zestaw rzeczy, zapewniających samodzielność i samowystarczalność. Możemy iść w lewo albo w prawo. Albo możemy nie iść w ogóle. Rozbić namiot tu gdzie stoimy i tu zostać. Ewentualnie zostaje jeszcze ręka. Ręka wyciągnięta w bok i może ktoś się zatrzyma i podwiezie w miejsce, które przyniesie kolejny dylemat: gdzie teraz. To jest wolność podróżowania. Plan i improwizacja.
czwartek, 27 września 2007
Ruszamy w drogę. Szeroka, rozjeżdżona przez ratraki i nieśmiertelne Gazelle ścieżka prowadzi nas na górę. Właściwie to w kierunku Góry. To dla niej tu przyjechałem. Plecak dociska mnie do ziemi. Przyczepione skorupy kołyszą się przy każdym moim kroku. W skwartze dnia trudno sobie wyobrazić, że wkrótce będą potrzebne. Na razie jest ciepło i słonecznie. Szczęśliwy, że wszystkie formalności i problemy rosyjskiej rzeczywistości zostawiam za sobą, ruszam w góry. Ale wcześniej była droga. Długa droga..
środa, 15 sierpnia 2007
Wróciłem dziś z Kaukazu. Zmierzyłem sie z wysokością 5642 m.n.p.m. i udało się - wszedłem na Elbrus. W najblizszym czasie postaram się zamieścić relację i zdjęcia z tego obfitującego w niesamowite wrażenia wyjazdu. Narazie muszę trochę odpocząć:)
piątek, 01 czerwca 2007

W marcu tego roku wraz z ekipą znajomych stanąłem na szczycie Grossglocknera. Warto nadmienić, że było to wejście jeszcze w trakcie kalendarzowej zimy.

Trochę wiadomości.

Grossglockner wznosi się 3798 m. nad poziom morza. Ze względu na swoją malowniczość, łatwy dojazd i fakt, że jest najwyższym wzniesieniem Austrii, rokrocznie ściąga rzesze ludzi pragnących stanąć na jego wierzchołku. Charakterystyczna, skalno - lodowa piramida w kształcie przypominająca dzwon (glocke - dzwon), otoczona lodowcami, z których największy to Pasterze, od najdawniejszych czasów rozbudzała wyobraźnię śmiałków, a po raz pierwszy zdobyta została w roku 1800. Najbardziej znany i rozpowszechniony obraz Grossglocknera rozciąga się od północnej strony góry. Najlepszym punktem widokowym jest Kaiser Franz-Josefs Höhe, leżące na jednej z najsłynniejszych alpejskich serpentyn – Grossglockner Hochalpenstrasse. Droga jest płatna, a z uwagi na niebezpieczeństwo i znaczne nachylenia w zimie pozostaje zamknięta. Łączy ona ze sobą Fusch i Heiligenblut. Podziwiając Grossglockner z Kaiser Franz-Josefs Höhe zobaczyć można szczyt w całej okazałości wraz ze słynną Rynną Palaviciniego spadającą z przełęczy Obere Glocknerscharte. Jest to jedna z klasycznych wspinaczkowych dróg lodowych w Alpach. Mniej wprawni alpiniści mogą natomiast skorzystać z innych, łatwiejszych wariantów. Na szczyt prowadzą dwie popularne drogi. Jedną z nich jest trasa przez wspomniany już lodowiec Pasterze, druga natomiast wiedzie z drugiej strony góry i zaczyna się niedaleko miejscowości Kals. My wybraliśmy tę drugą drogę.

Dzień pierwszy.

Około północy, w nocy ze środy na czwartek przekraczamy granicę w Cieszynie. Szczęśliwi, że jedziemy, gdyż losy wyjazdu ważyły się niemal do końca. Niesprzyjające prognozy pogody powoli odbierały nam wiarę w możliwość wyjazdu w wybranym przez nas terminie.

I kiedy wydawało się, że wszystko już stracone, w poniedziałek dostaliśmy e-mail z Kals. Wiadomość była jednoznaczna i nad wyraz optymistyczna: pogoda się poprawia i ma się utrzymać do niedzieli. Jedziemy!

Co jakiś czas ze snu wyrywa mnie mocne uderzenie muzyki. Aktualny kierowca, podkręca co jakiś czas radyjko w naszym samochodzie żeby nie usnąć. Bo „kierowca zawsze zasypia ostatni”.:) Tak, muzyka z drugiej części Kill Billa będzie mi się teraz jednoznacznie kojarzyć.

 



Rano docieramy do Kals, skąd kierujemy się do Lucknerhaus. Tu kończy się droga i stąd zaczniemy naszą wędrówkę. Zostawiamy samochód na bezpłatnym parkingu, przepakowujemy ostatni raz plecaki i wyruszamy w górę. Tego dnia mamy dojść do schroniska Studlhutte, które działa już o tej porze z uwagi na duży ruch ski-tourowców. Ciężkie plecaki wypakowane po brzegi oraz wysoka temperatura dają nam się we znaki. Marsz po śniegu też nie ułatwia sprawy. Ale nie ma co narzekać. Niebo jest bezchmurne, świeci słońce i jest ciepło. Rozkoszujemy się tak wspaniałymi warunkami i modlimy w duszy, żeby taka pogoda utrzymała się do jutra. (W lecie do schroniska Studlhutte wiedzie wyraźna ścieżka i oznaczony szlak.)

Po niezbyt śpiesznym marszu dochodzimy do schroniska. Tu mamy zarezerwowane pięć łóżek na nazwisko Maciej, gdyż pierwotnie podane Szarszaniewicz okazało się zbyt szeleszczące w słuchawce..

Trzypiętrowe drewniano – blaszane schronisko oferuje nocleg na schludnych, piętrowych pryczach. Na dole jest restauracja. Niestety nie pomyślano o mniej zamożnych turystach – w środku nie ma wydzielonego pomieszczenia w którym można gotować na własnych maszynkach. Rozstawiamy więc sprzęt do gotowania na zewnątrz. Wzbudzamy tym małe zainteresowanie bogatszej części ludzkości, która nocuje razem z nami. Niezrażeni raczymy się chińszczyzną z torebek i pięknymi widokami na góry oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Dzień drugi.

Wstajemy o 6. Postanawiamy wyjść już po świcie. Mamy sporo czasu gdyż wczorajsza prognoza pogody przekazana nam przez obsługę daję prawie stuprocentową pewność na to, że przez cały dzień utrzyma piękna pogoda. Na dole w restauracji ładny zwyczaj – duży kocioł z darmową herbatą, którą wychodzący w góry mogą napełnić swoje termosy. Korzystamy więc z tej uprzejmości, pakujemy plecaki i o 7 wychodzimy. Przed nami i za nami ciągną ludzie na nartach. Zespołów takich jak nasz jest niewiele.

 


Dochodzimy do lodowca (tzn. cały czas idziemy po śniegu, ale tu już jest lodowiec, który utrzymuje się przez cały rok), który o tej porze roku pokryty śniegiem pozbawiony jest widocznych szczelin i wydaje się być bezpieczny. Mimo to dla bezpieczeństwa i zasady zakładamy uprzęże i wiążemy się liną. Dochodzimy do skał, którymi dalej wiedzie szlak aż do schroniska Erzherzog-Johann Hutte. Jest ono jednak zamknięte o tej porze. Wszyscy ski - tourowcy trawersują pole śnieżne na lewo od nas. Postanawiamy, że i my pójdziemy tą trasą rezygnując z "zahaczenia" o schronisko. Trasa do Erzherzog-Johann Hutte wiedzie po skałach, ubezpieczonych w trudniejszych momentach metalowymi linami. My zostawiamy szlak i podchodzimy coraz bardziej stromym żlebem.


Ten fragment kosztuje nas sporo sił. Jednakże każde spojrzenie za siebie - w dole ośnieżona dolina, a ponad nią w oddali jak okiem sięgnąć morze gór - rekompensuje trudy. Po krótkim skalnym fragmencie stajemy na grani i łączymy się ze szlakiem biegnącym z Erzherzog-Johann Hutte. Z kamienistego plateau na którym odpoczywamy, rozciąga się piękny widok.

Widać również Kleinglockner, czyli trasę naszej wędrówki. Pogoda jest wymarzona i nic nie zwiastuje jej zmiany, wiec zostawiamy tu plecaki a bierzemy ze sobą tylko coś na wiatr, linę, czekany i trochę "szpeju" na wszelki wypadek. Podchodzimy śnieżnym zboczem a następnie ośnieżonymi skałami na szczyt Kleinglocknera i trawersujemy eksponowaną grań. Widać nawisy śnieżne od strony północnej. Jest wąsko i czuć delikatny zastrzyk adrenaliny. Naszą trasę znaczą metalowe tyczki, które wykorzystujemy do asekuracji.

 

Widzimy już szczyt i krzyż, ale przed nami najtrudniejsza część trasy – zejście na wąziutką przełęcz Obere Glocknerscharte i wejście na szczyt. Korzystając z zamocowanej na stałe metalowej poręczówki schodzę na przełęcz. Jest szeroka na ok. 1 metr. Po jednej i drugiej stronie bardzo strome zbocza. Spoglądam w prawo – słynna Rynna Palaviciniego rozbudza wyobraźnię ale budzi też respekt. Zostawiam rozmyślania o tej pięknej, klasycznej drodze na później i kontynuuję wspinaczkę, teraz po skalnej płycie w górę. Potem cały czas dość strome skały, skały i...szczyt! Punktualnie o 13:30 stajemy na najwyższej górze Austrii. Gratulacje, zdjęcia a potem podziwianie pięknych widoków. Gdzie nie spojrzę tam morze gór aż po horyzont. Pogoda jest fantastyczna. W sercu duma i satysfakcja z pięknej wspinaczki. Dla takich chwil i takich widoków chodzi się po górach.


Aż żal schodzić ale rozsądek bierze górę. Powoli i uważnie, świadomi faktu, ze większość wypadków zdarza się podczas powrotów, zaczynamy schodzić. W kluczowym miejscu zakładamy poręczówkę. Powrót jest już łatwiejszy. Lekki stres znika i pozostaje już sama radość przeżywania i doświadczania.

Dochodzimy do plecaków. Szukamy ich chwilę z lekkim niepokojem ale leżą nietknięte. Łyk ciepłej herbaty i baton działają pokrzepiająco. Oglądamy się za siebie, na trasę naszego marszu i uśmiechamy do siebie. Każdy czuje tą samą radość. Zabieramy rzeczy i kontynuujemy powrót. Zejście po śnieżnym żlebie jest zdecydowanie szybsze niż podchodzenie tędy. Po paru chwilach dochodzimy do lodowca. Coraz bardziej zmęczeni idziemy coraz wolniej. Nie musimy się już spieszyć. Pogoda piękna a w duszy pięknie gra radość z wejścia na szczyt. Do schroniska dochodzimy po 18. Postanawiamy zostać na drugą noc i odpocząć przed jazdą powrotną do Polski.

Dzień trzeci.

Błyskawicznie schodzimy na parking. Odwiedzamy pobliskie Lienz. Zakupy, obiadek, pakujemy się do auta i wracamy do Polski. Warto odwiedzić to malownicze miasteczko, leżące już nieopodal austriackich Dolomitów. O 22 jesteśmy w Bielsku. A więc cały wyjazd zamknął się w 72 godziny! 3 doby – tyle potrzebowaliśmy aby przejechać 1700 km i wejść na najwyższy szczyt Austrii.

Podsumowanie.

Grossglockner to piękna góra. Radość z jej zdobywania jest ogromna, a za sprawą eksponowanego przejścia po grani i momentów z trudnościami wspinaczkowymi(II) szczyt oferuje prawdziwie górską przygodę. Polecam ten szczyt zarówno alpejskim wyjadaczom jak i tym, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki na swojej alpejskiej drodze. Jest to po prostu piękna góra z niesamowitymi widokami i sprawiającym wiele satysfakcji wejściem

 

sobota, 21 kwietnia 2007
W dniach 13 - 16 kwietnia miałem okazję odwiedzić wieczne miasto. Doprodziejstwo tanich linii lotniczych, a może i zabobonność ludzi (wszak wylatywaliśmy w pechowy dla niektórych piątek 13.) pozwoliło nam tanio dolecieć do stolicy Italii.
wtorek, 30 stycznia 2007
Cmentarz zwykle kojarzy się z bólem, stratą kogoś bliskiego, kochanego. Zwykle szare nagrobki i palące się świece wprawiają człowieka w nastrój zadumy i refleksji nad życiem, jego kruchością i przemijaniem. Śmierć jest nieodłączną częścią naszego życia. Jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. To my nie chcemy jej zaakceptować. Nie myślimy o niej, boimy się jej. Jest w Europie cmentarz, który wywołuje radość. W małej wiosce Sapanty w Rumunii.
piątek, 26 stycznia 2007
Zwana jest przez niektórych rumuńskim Carcasonne. Myślę, że to niepotrzebne. Takie porównania właściwie niczemu nie służą. Dla mnie Sighişoara to po prostu (a raczej aż!) Sighişoara; w tym kryje się już wystarczająca magia. Bez porównań, zbędnego dopowiadania co do czego podobne i co lepsze, a co gorsze. Jedyne w swoim rodzaju. Miasto z duszą. Leżące w samym sercu Rumunii, słusznie okryte jest mianem perły Transylwanii.
czwartek, 28 grudnia 2006
Kolejny powrót z Alpejskiego zimna. Z piękna. Jak zwykle było inaczej niż zwykle. Przecież nic dwa razy się nie zdarza. Jak było?