|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Kontakt
Moje zdjęcia
Tutaj pracuję
Warto zajrzeć
Znajomi
|
czwartek, 03 września 2009
Bagaże załadowane, pełny bak – możemy ruszać w drogę. Tym razem do Austrii, żeby wejść na kolejny trzytysięcznik, Grossvenediger. Monotonię podróży autostradami co jakiś czas mącą chóralne śpiewy. Co prawda jedziemy tylko we dwójkę, ale kiedy „leci” dobry kawałek, dajemy z siebie wszystko i nie ustępujemy wokaliście. Na wieczór dojeżdżamy na mały, leśny parking, który będzie punktem wyjścia na szlak. Gotujemy coś ciepłego na maszynce, planujemy krótko jutrzejszy dzień, po czym rozkładamy siedzenia naszej omegi i wyłożeni jak w najlepszym hotelu, zasypiamy zmęczeni całodzienną jazdą. Wstajemy dość wcześnie, ale znowu bez przesady; w końcu dziś nie mamy aż tak dużo do przejścia. Przepakowujemy jeszcze plecaki, bierzemy śpiwory i namiot i ruszamy w drogę. Jest bardzo ciepło, a nasze wypchane bagażami plecaki wciskają nas w ziemię. Co rusz ten i ów posyła nam ukradkiem zaciekawione spojrzenie – w końcu nikt już tu nie chodzi ze swoim namiotem. Ale my jesteśmy wyjazdem typu - „ jak przeżyć miesiąc za dziesięć dolarów” czyli generalnie „low budget”. I niewiele sobie z tego robimy. Najważniejsze, że tu jesteśmy, że idziemy, że (prawdopodobnie) zdobędziemy szczyt. Reszta – detale nie warte zachodu. -
- Mijamy pierwsze schronisko, do którego prowadzi szeroka, bita droga. Robimy pierwszy odpoczynek, nawadniamy się, słońce dalej praży, plecaki tak samo ciężkie. Nic się nie zmienia – jak w polskim filmie. Ruszamy w dalszą drogę, ścieżka zaczyna się coraz bardziej zwężać, nabieramy wysokości. Mijamy tabliczkę z napisem oznajmiającym, że oto przekroczyliśmy niewidzialną granicę jakiegoś parku, zdaje się, że narodowego. Po kilku chwilach dochodzimy do schroniska Defreggerhutte. Jest dosyć wyludnione, kręci się co prawda kilka osób, ale nie proporcjonalnie mało w stosunku do możliwości schroniska. Tak czy owak nam jest wszystko jedno. Bierzemy nasze graty i udajemy się na kamieniste zbocze, na którym mamy zamiar rozbić nasz namiot. Znajdujemy przygotowaną przez kogoś platformę, osłoniętą od wiatru niskim, kamiennym murkiem. Nieopodal jakiś metalowy trójnóg, na którym kiedyś zapewne coś było. Może aparatura do pomiaru temperatury albo prognozowania pogody. Kto wie? -
- Rozbijamy namiot, gotujemy jedzenie, przygotowujemy herbatę na rano. Chmury robią się coraz cięższe, coraz ciemniejsze się stają. Przeczuwamy to, co za chwile nastąpi, ale żaden z nas głośno o tym nie powie.. kap….…....……kap……...…..…..kap………….…….. ..chowamy rzeczy do namiotu.. ……Kap……..Kap….…Kap.……Kap….….Kap.…… ..dopijamy herbatę.. …KAP…KAP...KAP…KAP…KAP…KAP…KAP… ..no i rozpadało się na dobre. Zaczyna wiać, a odstępy między błyskawicami rozświetlającymi niebo, a grzmotem rozdzierającym zjonizowane powietrze stają się coraz krótsze. Wiatr rusza naszym namiotem, stelaż delikatnie jęczy, tropik miarowo łopocze. Burza na całego. Leżymy w śpiworach, ochota na rozmowy nieco zmalała. W głowach kłębią się niespokojne myśli. Nagle przypominam sobie o tajemniczym metalowym trójnogu. Mam tylko nadzieje, że nie posłuży za piorunochron, w końcu rozbiliśmy się w całkiem niedalekiej odległości. Bartek pociesza mnie, że w razie czego namiot zadziała jak siatka Faradaya, ale nie jest zbyt przekonujący.. Cóż, teraz zostaje już tylko nadzieja. W takich momentach trzeba po prostu spróbować zasnąć. Choć zaśnięcie w namiocie szarpanym przez burzę nie jest wcale takie proste. Wychylam
głowę z namiotu. Jest piąta rano, chcieliśmy wyjść wcześnie. Pogoda się
poprawiła. Już nie pada, za to okoliczne szczyty pokrywa gęsta mgła. Próbuję
wypatrzeć kogoś wychodzącego ze schroniska, ale po chwili daję za wygrana –
nikogo nie widać. Postanawiamy przesunąć pobudkę o godzinę. O szóstej sytuacja
się powtarza, ale o siódmej decydujemy, że wstajemy i pójdziemy najwyżej jako
jedyny zespół. Jemy śniadanie, dopijamy herbatę i spoglądamy nerwowo w stronę
schroniska. Wreszcie są! Dwie sylwetki majaczą na horyzoncie. Pierwsze osoby
wychodzą po spokojnej nocy spędzonej w schronisku w kierunku szczytu. Dodaje
nam to odwagi. Zbieramy rzeczy, zasuwamy namiot i również podążamy w górę. Po
chwili jesteśmy już na granicy lodowca, zakładamy raki, wiążemy się liną. Tego
dnia na szczyt wyruszyliśmy tylko my i tamten zespół. Pogoda się poprawia, mgły
się przerzedzają, robi się cieplej. Idziemy krok za krokiem po szerokim polu
śnieżnym. Przekraczamy pokaźnych rozmiarów szczelinę, wychodzimy na rozległe wywłaszczenie
i widzimy już szczyt Grossvenedigera -
-
-
-
-
-
- Podchodzimy śnieżnym zboczem, potem
kilkanaście kroków węższej grani i jesteśmy na szczycie. Całkiem się już
rozpogodziło, oglądamy piękne góry. Cieszymy się z tego obcowania z przyrodą.
Kilka pamiątkowych zdjęć i schodzimy. -
- Dochodzimy do wypłaszczenia. Decyduję się
na szybkie wejście na Rainerhorn |