Blog > Komentarze do wpisu

(cz. II) Piz Bernina 4049 m. n.p.m., czyli trzeba wierzyć, że się uda

Piz Bernina wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale jest już dość późno, a my mamy już trochę w nogach. Rozsądek bierze górę nad emocjami i po krótkiej naradzie postanawiamy nie wchodzić na szczyt tego samego dnia, tylko spokojnie zaatakować jutro. O tym, że była to rozsądna decyzja i że znacznie lepiej jest wchodzić na szczyt po zmrożonym, a nie topiącym się w promieniach słońca śniegu, przekonaliśmy się następnego dnia.


Uroki włoskich schronisk wysokogórskich

            Schronisko Marco e Rosa jest malowniczo położone u podnóża Piz Bernina. Jako że jest zwykle punktem wyjścia na szczyt, często jest przepełnione. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Już kiedy robiłem telefoniczną rezerwację miejsc, czułem, że mogą być problemy. Przyszliśmy trochę późno (trzynasta..) i mimo wcześniejszej telefonicznej rezerwacji, dostaliśmy miejsce w nieogrzewanym, zimowym schronie. Cóż, kto pierwszy, ten lepszy.. Nie nastroiło nas to zbyt optymistycznie, tym bardziej, że temperatura w środku była zbliżona do temperatury powietrza na zewnątrz, z tą jedynie różnicą, że tutaj nie wiało.

- Słuchajcie, może są jednak jakieś miejsca w schronisku, tam jest strasznie zimno, a my nie mamy śpiworów – próbowałem wynegocjować lepsze warunki z wytypowanym do rozmowy Włochem, który co nieco kojarzył po angielsku.

- W schronisku nie ma już miejsc – full – powtórzył to dobitnie kilka razy – ale nie przejmujcie się, w schronie na wieczór też będzie full – to było chyba jego ulubione słowo – więc nagrzeje się i będzie ciepło – zakończył ku pokrzepieniu serc.

Nie bardzo nas przekonał, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Zostawiliśmy nasze rzeczy w schronie i posiedzieliśmy do kolacji w ciepłej jadalni schroniska. Wieczorem okazało się, że mój rozmówca miał rację – kiedy zrobiło się ciemno, miejsc zaczęło brakować nawet w „naszym” schronie. Zrobił się tłok, wspólnymi siłami „nachuchaliśmy” sporo ciepłego powietrza i noc minęła spokojnie i ciepło.

Na szczyt!

Następnego dnia wstajemy przed piątą. Termosy z herbatą już gotowe, jemy więc szybkie i niezbyt obfite śniadanie – o tej porze nie jesteśmy specjalnie głodni, a poza tym ciągnie nas już na szczyt. Zostawiamy plecak Bartka z niepotrzebnymi rzeczami, pakujemy się do jednego i w parę chwil po wschodzie słońca ruszamy na szczyt. Pierwsze poranne promienie muskają delikatnie okoliczne szczyty, nadając im pięknego, ciepłego koloru. Widać też jak na dłoni, spory fragment naszej wczorajszej drogi przez lodowiec. Jednak podziwianie widoków szybko się kończy. Bowiem po pokonaniu kilkuset metrów szerokim, śnieżnym zboczem, dochodzimy do kluczowych trudności. Widać już wierzchołek, ruszam więc powoli i wspinam się po skalnej grani. Nie jest bardzo wąsko i trudności też nie są zbyt duże (II), ale ekspozycja i świadomość, że ewentualny błąd może być ostatnim, podnosi poziom adrenaliny. Co jakiś czas musimy stawać i robić krótkie przerwy - jest wąsko, a sporo ludzi postanowiło skorzystać z poprawy pogody i wejść na szczyt. Do szczytu coraz bliżej. Widać go, jest na wyciągnięcie ręki. Mimo to idziemy dość wolno, w trudniejszych miejscach asekurując się. Przed nami jeszcze krótka, wąska, eksponowana grań śnieżna szeroka na około pół metra – akurat tyle ile potrzeba żeby zmieściły się stopy.

- Poczekaj chwilę – mówię – muszę wyjąć czekan. Tu jest naprawdę wąsko.

- O.K., idź ostrożnie, nie chciałbym zjechać 100 metrów przed wierzchołkiem – koniec odpowiedzi słyszę w połowie grani. Przechodzimy ją szybko i sprawnie, a każdy kolejny krok przybliża nas do celu i daje sporo satysfakcji. Kończy się śnieg, jeszcze kilkadziesiąt metrów po kamieniach i upragniony szczyt..! Osiągamy wysokość 4049 m. n.p.m. Podziwiamy rozległą panoramę, pokonaną drogę, rozkoszujemy się piękną pogodą. Napawamy się tą chwilą. Jemy batony, popijamy herbatę. Dookoła nas sporo ludzi, tak samo zadowolonych z wejścia na Piz Bernina. Atmosfera wymarzona. Jednak mimo pięknej pogody, na szczycie spędzamy tylko pół godziny.

Szczyt to dopiero połowa drogi

Czas schodzić, przed nami długa droga, gdyż chcemy zejść aż na sam dół, na parking.
W kluczowych miejscach, podobnie jak przy podchodzeniu, tworzą się korki.

- Dobra, robimy zjazdy! – widzę uśmiech na twarzy Bartka.

Już podczas podchodzenia mówił, że trzeba będzie zjeżdżać i chyba jakby na to czekał. Całą dotychczasową drogę ja prowadziłem, teraz oddaję inicjatywę jemu.

- Myślę, że tak będzie szybciej i bezpieczniej. Zakładaj, w końcu to ty jesteś mistrzem zjazdu – teraz śmiejemy się już obaj.

Ale trzeba się skupić, żeby nie popełnić błędu. Jest dużo ludzi, miejscami tłok jest naprawdę spory. Bartek zjeżdża cały czas jako pierwszy i wynajduje kolejne punkty, z których można zjeżdżać dalej. Na koniec odkrywa skrót, rzuca linę i już po chwili jesteśmy na śnieżnym zboczu prowadzącym do schroniska. Dzięki temu manewrowi mijamy trudności i dwa zespoły, które były przed nami. Zwijamy linę i patrzymy za siebie. Kolejne zespoły zjeżdżają „naszym” skrótem.

- Polacy przetarli drogę – Bartek jest wyraźnie zadowolony, stawia krok i widzę jak zaczyna jechać na brzuchu. Miejsce, na którym stoimy to lód pokryty cienką warstwą śniegu. W końcu wyhamował. Widzę, że nie ma szans na spokojne zejście, wytarł cały śnieg, a zęby moich raków trochę się już stępiły. Wyprzedzając więc to, co niechybnie i tak by się wydarzyło, wyjmuję czekan, kładę się na śniegu i obsuwam się do wydeptanej w lepszym śniegu ścieżki. Po kilku minutach jesteśmy już w schronisku. Wypijamy wiaderko herbaty, zjadamy żelazne zapasy kabanosów i trochę już czerstwy chleb, przepakowujemy plecaki i ruszamy dalej. Pogoda dopisuje, humory po wejściu na szczyt wyśmienite. Po lodowcu idziemy szybko, co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby podziwiać widoki i jeszcze raz spojrzeć na szczyt. Czujemy już zmęczenie, ale trochę marszu jeszcze przed nami. Dochodzimy do grani Fortezza. Kilkakrotnie zjeżdżamy na linie, Bartek znów jest w swoim żywiole. Idzie nam wolno, zaczynam zwalniać i mimo, że jest całkiem bezpiecznie zaczynam się stresować.

- Jeszcze dwa zjazdy i jesteśmy – Bartek spokojnie zrzuca linę, a ja myślę sobie, że w takich momentach naprawdę można poczuć, czym jest przyjaźń.

O dziewiętnastej jesteśmy przy schronisku Diavolezza. Chwila odpoczynku, ostatni rzut oka na przebytą drogę oraz szczyt i bez zbytniego ociągania, choć bardzo już zmęczeni, idziemy dalej. Przed nami już tylko miarowe, tępe maszerowanie po ścieżce. Idziemy prawie mechanicznie, czuć już zmęczenie. W końcu jesteśmy w drodze od 5 rano. Na parkingu meldujemy się po 21. Robi się już całkiem ciemno.Na przemian wyrzucamy z siebie krótkie, pełne emocji zdania. Dopiero teraz jest czas na prawdziwą radość, nasza droga dobiegła końca. Gotujemy ciepły posiłek, otwieramy wino i wspominamy przebytą drogę. To zaledwie trzy dni, jak stąd wyruszaliśmy, a tyle emocji, widoków, radości – działo się tyle, jakbyśmy tam spędzili co najmniej miesiąc. Przeżywanie w górach jest niezwykle intensywne, nieporównywalne z niczym innym, może dlatego tak często w nie wracamy..?

poniedziałek, 22 lutego 2010, ziolkofski

Polecane wpisy