Blog > Komentarze do wpisu

(cz. I) Piz Bernina 4049 m. n.p.m., czyli trzeba wierzyć, że się uda

Decyzja o wyjeździe zapadła bardzo szybko. Obejrzeliśmy zdjęcia Piz Bernina 4049 m. n.p.m. i już wiedzieliśmy – chcemy tam wejść! Padający po drodze deszcz i Dachstein we mgle nie zdołały nas zniechęcić. Na przekór pogodzie jechaliśmy dalej na zachód wierząc, że aura się poprawi, że wejdziemy. Nagroda za upór była wprost wymarzona…

Złe miłego początki, czyli Dachstein w deszczu

Wyjeżdżamy z Jaworzna o 7 rano i jedziemy w kierunku granicy z Czechami. Jako cel aklimatyzacyjno-rozgrzewkowy wybraliśmy austriacki Dachstein 2995 m. n.p.m. Po południu jesteśmy już w dolinie, z której jutro ruszymy na szczyt. Gotujemy, snujemy plany na najbliższe dni i kładziemy się spać, na rozłożonych siedzeniach Opla Omegi, który już nie raz sprawdził się, jako nasz mały, mobilny hotel. Nastawiamy budziki, gasimy latarki… i słyszymy miarowe, coraz szybsze i szybsze, stukanie kropel deszczu o dach samochodu. Rozpadało się na dobre..

            Rano pogoda się poprawia, dookoła podnoszą się mgły, deszcz przestał padać. Podjeżdżamy na parking, z którego ruszamy w górę. Szlak trawersuje zbocze i wyprowadza nas na krótką i prostą via ferratę. Po kilku chwilach jesteśmy przy górnej stacji kolejki. Stamtąd już tylko dwie godziny na szczyt. Początkowo idziemy wyratrakowanym lodowcem, aby po niecałej godzinie dotrzeć do początku kolejnej ferraty, która wyprowadza nas na szczyt. Nie ma co ukrywać – Dachstein nas rozczarował. Żadnego Ducha Gór. Na domiar złego, gęsta mgła całkowicie pozbawia nas widoków. Schodzimy więc dosyć szybko, a na lodowcu łapie nas ulewny deszcz. Plan minimum wykonany, ale cel wyjazdu wciąż na nas czeka.

Pogoda dalej jest niepewna, a my zastanawiamy się co robić.

- Zostajemy na noc, czy jedziemy dalej?

- Pogoda nie najlepsza, ale może się poprawi…

- …więc jeśli będziemy wtedy bliżej celu…

A więc decyzja zapadła. Pakujemy wilgotne jeszcze nieco ubrania i tego samego dnia ruszamy w kierunku Szwajcarii, żeby jutro koło południa być już na miejscu. Wjeżdżamy na autostradę, jedziemy dwie godziny, po czym nocujemy na parkingu. Rano pogoda dalej nie rozpieszcza. Cały czas siąpi, a duże zachmurzenie ogranicza widoczność. Mimo to postanawiamy próbować i w głębi duszy liczymy na to, że pogoda się zmieni, że front się przesunie; słowem, że będzie słońce i wejdziemy na szczyt.. Trzeba wierzyć, że się uda.

Droga do Pontresiny, z okolic której rozpoczniemy nasz marsz wiedzie doliną Engadyny, jedną z najpiękniejszych w Szwajcarii. Robi się coraz ładniej, pogoda również się poprawia, jakby chciała się dopasować do zmieniającej się scenerii. Prognoza, którą poznajemy na miejscu także jest obiecująca – co prawda przy schronisku Marco e Rosa, do którego mamy dotrzeć następnego dnia, pada jeszcze śnieg, ale powoli się przejaśnia, a kolejne dni mają być już tylko lepsze.

- Albo dziś wychodzimy do schroniska i nocujemy, albo jutro wyjeżdżamy pierwszą kolejką i od razu ruszamy – Bartek nie pozostawia złudzeń, że nasz budżet jest mocno ograniczony i musimy wybrać tylko jeden dodatkowy wydatek.

- Wchodzimy o własnych siłach, kolejka odpada – decyzja zapada szybko.

Przepakowujemy plecaki, robimy ciepłe jedzenie, udzielamy informacji zagubionej grupie chasydów i późnym popołudniem ruszamy w kierunku schroniska Diavolezza, znajdującego się na wysokości 2900 m. n.p.m., aby tam spędzić noc. Po trzech godzinach marszu meldujemy się na miejscu. Dostajemy miejsce w 20 osobowym lagerze i informację, że śniadanie jest o 4. Próbujemy je przełożyć o godzinę lub półtorej, żeby trochę dłużej pospać, ale pani jest nieugięta.

- Jeśli idziecie jutro do Marco e Rosa, to czwarta to najodpowiedniejsza godzina na śniadanie – krótko ucina rozmowę.

Przygotowujemy plecaki, jemy kolację, napełniamy termosy. Jeszcze chwilę rozmawiamy, przeglądamy mapę i z pewnym niepokojem patrzymy na ciemne, zachmurzone niebo. Wszystko wyjaśni się jutro, nie ma powodu martwić się na zapas. Kładziemy się więc spać, bo jutro czeka nas wczesna pobudka i długa droga.

 

Przez skały i śniegi. I przez granicę      

Kolejny dzień zaczynamy jeszcze przed świtem, jemy szybkie śniadanie i ruszamy w drogę.  Jest jeszcze ciemno i dosyć pochmurno. Światełka czołówek migają ze wszystkich stron i zdają się rozchodzić w różnych kierunkach - niektórzy wybierają dojście do schroniska przez Piz Palu – znajdujący się nieopodal szczyt. My udajemy się drogą wiodącą przez grań Fortezza. Ze schroniska schodzimy dosyć stromym, kamienistym zboczem na dno lodowca Morteratsch, gdzie zastaje nas świt. Śnieg jest jeszcze mocno zmrożony, ale mimo to dla bezpieczeństwa wiążemy się liną. Robi się coraz jaśniej, widać już kolejne zespoły i dolinę. Niestety, kiedy podnosimy wzrok ku górze nie jest już tak różowo.. Gęsta mgła przycupnęła na wysokości ok. 3100 m. n.p.m., skutecznie ograniczając widoczność. Idziemy więc po przedeptanych śladach, miarowo zdobywając wysokość. Dochodzimy do grani Fortezza. Tu pojawiają się pierwsze trudności techniczne. Do pokonania mamy odcinek skalny o trudnościach wspinaczkowych II. Nie ma lin poręczowych, o których przeczytaliśmy w przewodniku, nie będzie ich również, jak się później okaże, na grani szczytowej. Są za to kotwy i plakietki na stałe osadzone w skale. Wspinamy się więc z asekuracją, bardziej ze względu na ekspozycję niż faktyczne trudności techniczne. Czuję się pewnie, a prowadzenie daje mi dodatkowej siły i energii; jest wspaniale. Niestety tracimy tu sporo czasu, gdyż przed nami wolno posuwa się naprzód, czteroosobowy zespół z Holandii.

- Musicie nam wybaczyć, że tak wolno idziemy, ale sami rozumiecie, nasz „najwyższy szczyt” ma nieco ponad trzysta metrów – chłopakom wyraźnie dopisują humory.

- Nie ma problemu, my też nie przyjechaliśmy się tu ścigać.

Po kilkuset metrach wspinaczki wychodzimy wreszcie na rozległe pole śnieżne. Chmury powoli się rozwiewają, a my możemy wreszcie zobaczyć cel naszego wyjazdu. Jesteśmy zachwyceni, a piękny widok dodaje nam siły. Stajemy na chwilę i wpatrujemy się w szczyt. Ale nie ma czasu na gadanie, idziemy dalej. Trawersujemy grań Bellavista, a na naszej drodze pojawiają się olbrzymie szczeliny, które w połączeniu ze świeżym śniegiem robią na nas ogromne wrażenie. W końcu wczoraj po południu wciąż tu padało – to widać. Niebezpieczne miejsca pokonujemy bardzo czujnie, szybko przechodzimy śnieżny mostek, omijamy głęboką lodową jamę, małe lawinisko i po kilku chwilach jesteśmy przy schronisku Marco e Rosa (3609 m. n.p.m.). Jest godzina pierwsza popołudniu, całkiem się rozpogodziło, odsłoniły się wszystkie okoliczne szczyty – jest pięknie! Nawet nie wiemy, kiedy przeszliśmy ze Szwajcarii do Włoch. Prawdę mówiąc nic nas to nie obchodzi, bo chyba nie ma nic bardziej sztucznego niż granice w górach - miejscu, które nierozerwalnie wiąże się z wolnością…Piz Bernina wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale jest już dość późno, a my mamy już trochę w nogach. Rozsądek bierze górę nad emocjami i po krótkiej naradzie postanawiamy nie wchodzić na szczyt tego samego dnia, tylko spokojnie zaatakować jutro. O tym, że była to rozsądna decyzja i że znacznie lepiej jest wchodzić na szczyt po zmrożonym, a nie topiącym się w promieniach słońca śniegu, przekonaliśmy się następnego dnia.

 


poniedziałek, 22 lutego 2010, ziolkofski

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: żaneta, *.sta.tvknaszapraca.pl
2014/03/14 14:53:20
Wielkie gratulacje:) podziwiam za odwagę i uparty charakter:) pozdrawiam