Blog > Komentarze do wpisu

Elbrus - czyli lepiej późno...

Wielu ludzi marzy o tym, żeby stanąć na najwyższym szczycie Europy. Powiedzieć sobie – cały kontynent pode mną, wyżej się już nie da. I poczuć w sobie tą radość i dumę... (Z ogromnym opóźnieniem, ale w myśl maksymy, że lepiej późno niż wcale, publikuję relację z Elbrusa. Tak, tak, to już rok minął....)

Wielu ludzi marzy o tym, żeby stanąć na najwyższym szczycie Europy. Powiedzieć sobie – cały kontynent pode mną, wyżej się już nie da. I poczuć w sobie tą radość i dumę.

No dobrze, tylko jaki szczyt zdobyć, żeby tego dokonać? Pytanie tylko pozornie wydaje się banalne. Odruchowo wymieniamy najwyższy szczyt Alp - Mont Blanc mierzący 4808 m. n.p.m., zapominając o Elbrusie – leżącym w Rosji, najwyższym szczycie Kaukazu, którego wierzchołek osiąga wysokość 5642 m. n.p.m. I tu zaczynają się kontrowersje. Okazuje się, że sprawa jest dość skomplikowana i zgody, co do tego, który szczyt stanowi czubek Europy nie ma nie tylko w kręgu alpinistów, ale i geografów. Cały problem bierze się z trudności w dokładnym ustaleniu granic naszego kontynentu. O ile od zachodu nie ma z tym problemu, to wątpliwości pojawiają się na wschodzie. Bariera i granica jest tu bowiem sztuczna i jest kwestią sporną. Niewątpliwą granicą jest Ural, ale im dalej na południe tym problem coraz większy. O tym, że sprawa nie jest jednoznaczna niech świadczy również fakt, że alpiniści, którzy zdobywają Koronę Ziemi (wchodząc na najwyższy szczyt każdego kontynentu) wchodzą zarówno na Mont Blanc jak i na Elbrus. Na wszelki wypadek.

Tak się składa, że ja też zapragnąłem stanąć na najwyższej górze Europy. Trzy lata temu po raz pierwszy stanąłem na szczycie Mont Blanc, w zeszłym roku przyszedł czas na Elbrus.

Długa droga na Kaukaz, którą my pokonaliśmy pociągiem, samolotem i lokalnym transportem, już sama w sobie jest przygodą. Do tego dochodzi załatwianie formalności i częste kontrole policji, która szuka sposobności, żeby znaleźć jakieś braki w potrzebnych papierach i nas "ukarać". Zmierzenie się z tutejszymi realiami i mentalnością ludzi wschodu jest niesamowitym doświadczeniem. (Więcej na ten temat napisałem tutaj)

Z lekką ulgą, że zostawiamy już problemy za sobą, wchodzimy w góry. Można skorzystać z kolejki linowej, która wywozi turystów na wysokość 3500 m. n.p.m., ja natomiast wędruję od początku na własnych nogach. Zapewne przez zakodowane w mojej głowie przekonanie, że na górę trzeba wejść od podnóża, żeby było ono pełnowartościowe. Nie mam zamiaru negować w tym miejscu wejść z użyciem ww. kolejki. Większość ludzi w ten właśnie sposób zdobywa szczyt i nie umniejsza to ich wyczynu. Jest to jedynie moje subiektywne podejście i filozofia. Po dwóch dniach marszu jesteśmy już na wysokości 4100 m. n.p.m. Tu będzie nasza baza wypadowa na atak szczytowy. Rozbijamy namioty w ruinach Priuta – schroniska, które spłonęło i zostało pozostawione samo sobie. To nie pierwszy przykład nieświadomości ekologicznej Rosjan oraz ich specyficznego poczucia estetyki. Nieopodal znajduje się nowy Priut, z którego nie mamy jednak zamiaru korzystać. Wejście na szczyt poprzedza aklimatyzacyjne wyjście na wysokość ok. 4600 m. n.p.m. do tzw. Skał Pastuchowa. Samopoczucie i lekki szmer w głowie nie pozostawiają wątpliwości – jutrzejszy atak szczytowy będzie bardzo wyczerpujący.

O północy zaczynam kręcić się w śpiworze. Za godzinę mamy wychodzić. Rozsuwam namiot, "na oko" jakieś parę stopni poniżej zera. Ciepło jak na tutejsze warunki. Nie jest to zbyt dobry znak, gdyż w górach następuje prosta zależność – im większy mróz tym stabilniejsza pogoda.

Raki charakterystycznie chrzęszczą w zmarzniętym śniegu. Z każdym metrem idzie się coraz ciężej, ale na razie nie jest źle. Prawdziwy kryzys ma dopiero nadejść. Jest stosunkowo jasno, więc nie zapalam czołówki, a droga w ciemności wydaje się nie mieć końca. Już o świcie dochodzimy do przełęczy między wschodnim a zachodnim czubkiem Elbrusa. To już wysokość 5300 m. n.p.m. Część osób zostaje – niskie ciśnienie i brak tlenu brutalnie pozbawiły ich sił i szans wejścia na szczyt tego dnia. Ja jednak idę dalej. Noga za nogą, powoli zdobywam wysokość. Boli mnie głowa i jestem trochę otępiały – czuję się zdecydowanie gorzej niż na Mont Blanc, ale też wysokość, na której jestem, przewyższa alpejski szczyt.

Zmęczony staję na wierzchołku Elbrusa. Mały kopczyk kamieni wieńczy śnieżną kopułę. Pamiątkowe zdjęcie, radość i rzut oka na okolicę. Z wysokości 5642 m. n.p.m. rozciąga się wspaniały widok na Kaukaz, na legendarną Uszbę. Trzeba schodzić. Ten odcinek trasy okazuje się najgorszy. Zmęczenie po blisko 9-godzinnym podejściu na szczyt wzrasta z każdą kolejną minutą, z każdym krokiem. Poprawia się natomiast samopoczucie – im niżej tym więcej tlenu. Po kilkunastu godzinach marszu dochodzę wreszcie do namiotu. Ostatni rzut oka za siebie, na szczyt, herbata i długi sen.

Wejście na Elbrus to niesamowite przeżycie. Ze względu na swoją wysokość, a co za tym idzie rozrzedzone powietrze oraz częste i nagłe załamania pogody, zdobywanie Elbrusa jest poważniejszym przedsięwzięciem niż wchodzenie na Mont Blanc.
Tak więc teraz z czystym sumieniem i bez żadnych obaw mogę powiedzieć – byłem na Mont Blanc, byłem na Elbrusie – zdobyłem najwyższą górę Europy!

-



piątek, 12 grudnia 2008, ziolkofski

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Coffee, 94.246.154.*
2008/12/22 11:41:01
Wejście na tą górę nie należy do prostych, stąd też mój duży szacunek dla tego Twojego osiągnięcia. No Łukaszu, to było coś. Jeszcze raz gratulacje, tym razem za to, że wreszcie po roku coś napisałeś :]