|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Sokólszczyzna czyli Polska egzotyczna.Wędrujemy z plecakami. Przewodnik i kompas w ręku. Wszystko co potrzebne mamy ze sobą. Mamy siebie i cały zestaw rzeczy, zapewniających samodzielność i samowystarczalność. Możemy iść w lewo albo w prawo. Albo możemy nie iść w ogóle. Rozbić namiot tu gdzie stoimy i tu zostać. Ewentualnie zostaje jeszcze ręka. Ręka wyciągnięta w bok i może ktoś się zatrzyma i podwiezie w miejsce, które przyniesie kolejny dylemat: gdzie teraz. To jest wolność podróżowania. Plan i improwizacja.
Przyjechaliśmy tu zobaczyć ostatnie sokólskie wiatraki. Za kilkanaście lat może ich nie być. Pozostaną jedynie fotografie i satysfakcja, że tam byliśmy zanim odeszły w przeszłość. Różnią się stanem zachowania i wielkością, ale niezmiennie robią ogromne wrażenie. Tak jak ten w Malawiczach, który zobaczyliśmy jako pierwszy. Stał na łące, z połamanymi skrzydłami. Najlepiej zachowany, sypiący się wiatrak. Euforia. Jest i jest niezwykły. Pierwsze wrażenie jest piorunujące. Obchodzimy go dokoła, wchodzimy w jego drewniano-kamienne wnętrzności. Robimy sto zdjęć. Radość.
Albo ten w Minkowcach. Było już późno. To ta pora dnia kiedy światło jest najładniejsze. Barwy są najcieplejsze mimo zapowiadającego się chłodu, który przyjdzie nagle wraz z zachodem słońca. Coś majaczy na horyzoncie. Jest, tak to on! Stoi na niewysokim pagórku otoczony murkiem. Jakimś takim dziwnym, jakby...cmentarnym! Podchodzimy bliżej i nasze przypuszczenia potwierdzją się. Jesteśmy na cmentarzu, pośrodku którego zamiast kaplicy stoi wiatrak. Albo zamiast nagrobka, bo właściciel już nie żyje. Wiatrak nie ma już skrzydeł i chyli się ku ziemi, ku nagrobkom. Wszystko przemija. Niesamowita sceneria.
W tej samej miejscowości ale nie tego samego dnia, szukamy drugiego wiatraka. Opinie wśród miejscowych są niejednoznaczne. „Nie ma”. „Chyba rozebrany”. „Jest, stoi”. No wreszcie ktoś to powiedział! I wytłumaczył jak tam dojść. Stoi! Nieopodal gospodarstwa, a właściwie na jego terenie. Wchodzimy bez pytania, oglądamy. Jest mały ale bardzo dobrze zachowany. Skulona babina opowiada, że nie tak dawno był jeszcze używany. Ale kiedy dokładnie, nie pamięta.. Mówi, że ludzie z daleka - aż z Krakowa - chcieli go kupić. My też przyjechaliśmy tu z Krakowa. Dla tej starej kobiety to kawał drogi, inna rzeczywistość, a dla nas 8 godzin w pociągu.. Tak blisko a tak daleko.
Bardzo lubię spotykać ludzi podczas wyjazdów. Każdy z nich ma jakąś opowieść, wspomnienia, wiedzę o tych stronach. Zbierane informacje o tym, że tamten gruby sprzedał i go oszukali, a inny to jest taki pijaczyna, i że tu 4 lata temu to zupełnie inaczej było, albo że pracy nie ma, albo że jest. Te i inne z pozoru nieważne rozmowy dopełniają całości wyjazdu. Nadają mu charakter podróży i obcowania z ludźmi. Nie ma nic gorszego niż autokarowa wycieczka objazdowa. Autokar się zatrzymuje, wycieczka wysypuje się ospale z klimatyzowanej puszki, robi parę zdjeć, słucha monotonnego jak młockarnia głosu przewodnika, po czym czem prędzej pakuje się z powrotem do przeszklonej klatki i jedzie dalej. Tu idzie o filozofię podróżowania. O poznanie miejsc, ludzi, a nie tylko zabytków. O klimat. Klimat i atmosferę budowaną ze wszystkich tych wspomnień, rozmów, zdjęć, budynków, ulic i łąk.. Krynki to miejsce magiczne. Styk trzech kultur. Niegdyś dziesięciotysięczne miasto zamieszkałe w 80 procentach przez Żydów. Dziś już tylko miasteczko. Bez praw miejskich. I bez Żydów. Pozostały po nich jedynie cztery nieczynne synagogi i kirkut. Pierwsza z bożnic przerobiona została na dom kultury. Korzystam z okazji, że przygotowują jakiś festyn czy przegląd zespołów i wślizguję się do środka. Scena, krzesła, oświetlenie. Nic czego szukałem. Niestety. Jedynie z zewnątrz kształt, forma i tabliczka mówią o tym co tu onegdaj było. Druga, najstarsza, całkowicie zrujnowana. Zostały tylko kamienne fundamenty. Wysadzona przez Niemców, zdołała ocaleć. W konfrontacji z władzą ludową, która powtórzyła czynność po raz drugi, z tym, że już skutecznie, nie miała szans.. Tak, władza ludowa była zawsze niezwykle subtelna. Trzecia, niegdyś przerobiona na spichlerz, dziś pełni podobną rolę. Jest zdaje się własnością prywatną o czym informują mnie trzej mali i rezolutni chłopcy, którzy ochoczo namawiają mnie do robienia zdjęć i wciągają na podwórko żebym ich magazyn obejrzał dokładnie z każdej strony. To Arek, a to Maciek a trzeciego nie pamiętam. Oni też nie pamietają - co tu kiedyś było. Pamiętać nie mogą, bo wszyscy Żydzi zostali stąd wywiezieni w czasie szaleństwa drugiej wojny, a ci którzy mieli więcej szczęścia wyjechali sami. Tu była kiedyś szkoła, szpital – zastanawiam się czy zmyślają, czy ktoś im tak powiedział.
Kirkut jest ogromny. Wchodzimy na gęstą łąkę. Szukam macew. Znajduję jakieś pojedyncze, ledwo widoczne wśród trawy kamienie z wyrytymi napisami. Ktoś nas woła. Panowie nie mają zębów, ale ochotę do gadania sporą więc opowiadają o tym miejscu. Z tych nagrobków to za Niemca drogi się budowało. Postawili też mleczarnię. A i miejscowi korzystali z darmowego, świętokradzkiego budulca. Tu te, o tu przy ogrodzeniu, te kamienne nagrobki też ktoś sobie pewnie przygotował. Panowie obaj się tu urodzili. Pracują razem, ale na wieczny spoczynek pójdą osobno. Jeden po jednej, drugi po drugiej stronie miasteczka. Na przeciwległych krańcach są bowiem cmentarze, jeden katolicki, drugi prawosławny. My, ignoranci z południa Polski, dla których cerkwie to nieużywane zabytki, zostajemy skarceni przez jednego z panów na żałosne pytanie czy cerkiew czynna. A czemuż to miała by być nieczynna? No właśnie, czemu? Wskazują nam jeszcze miejsce gdzie macew jest najwięcej i idą w swoją stronę. Podchodzimy wyżej. Krowa się pasie. Niby nic dziwnego. Ale na cmentarzu...?
Historia tych terenów to także Tatarzy . Zawiłości historyczne zostawmy historykom. Wystarczy powiedzieć, że za króla Sobieskiego się tu sprowadzili i ich potomkowie żyją na tych terenach do dziś. Tatara można od razu rozpoznać - to była moja pierwsza myśl w Kruszynianach, kiedy zobaczyłem chłopaka sprzątającego meczet. Skośne rysy twarzy, czarne proste włosy, lekko śniada cera. Opowiedział o sytuacji islamu w Polsce, Tatarach, meczetach. Tylko trzy w Polsce. Kruszyniany, Bohoniki, Gdańsk. Ale w Gdańsku nowy. My woleliśmy zobaczyć ten w Bohonikach. Pani Eugenia też jest muzułmanką. Choć po rysach twarzy, tatarskich korzeni nie widać. Wprowadza nas do środka. Ściągam buty. Rozmawiamy. Meczety są drewniane. Ten w Kruszynianach jest trochę większy i ma dwie wieżyczki – minarety. W obydwu, meczetach a nie wieżyczkach, dywany i napisy na ścianach. Zgodnie z zasadami religii żadnych obrazów Boga. Osobne sale do modlitwy dla mężczyzn i kobiet. Żeby się nawzajem nie rozpraszali. Cóż, chyba coś w tym jest.
Pamiętam jeszcze jak szliśmy do Wierszalina. Maleńki zaścianek gdzieś w lesie. Nowe Jeruzalem, które miało być świadkiem nowego odkupienia, męki nowego Mesjasza. A przynajmniej proroka, świętego Eljasza z Wierszalina. Ilja Klimowicz mieszkał tu przed wojną. Niepiśmienny chłop, który sam siebie uznał za proroka. Szczęśliwy dla niego zbieg okoliczności sprawił, że okoliczni mieszkańcy uwierzyli, że Ilja jest wybrany przez Boga. Z roku na rok przybywało plotek, niestworzonych historii, ot choćby o cerkwi, która w nocy wyrosła spod ziemi, a którą widziałem na własne oczy, i wiernych. Idziemy bitą drogą jakich tu wiele. W niedzielne przedpołudnie ruchu prawie nie ma. Przez godzinę mijają nas dwa auta. I kiedy już nie wierzę, że ktoś się zatrzyma, żeby skrócić nam marsz i podrzucić w okolice Wierszalina, zatrzymuje się stary volkswagen. Taki jak do przewozu warzyw ale wersja do przewozu ludzi. Kierowca wcale się nie kryje z otwartym Żywcem w ręce. Jadą na grzyby. Do Wierszalina. To wprost niemożliwe! Tyle terenów do zbierania grzybów, oni, my, brak ruchu, leniwe przedpołudnie i wspólny cel, który nas łącz: Wierszalin. Miejsce na mapie, w środku lasu. Spotkać się tu, to jak trafić szóstkę w totka. Chyba uwierzę w Eljasza. Kierowca zna to miejsce i historię Eljasza. Opowiada, że kilkanaście lat temu, była tu jego żona. W szopie leżało wtedy jeszcze sporo kul, które pozostawili uzdrowieni. Córka nalegała wtedy żeby wziąć jedną, przyda się tatusiowi. Ale tata przecież w Holandii, zdrowy i silny jak wół, pracuje na wysokościach. Wieczorem telefon, kochanie spadłem, leżę w szpitalu ze złamana nogą. A niedaleko Wierszalina mieszkał taki wynalazca. Sam sobie elektrownię wodna zrobił. To sprawdzone. Ale auto z drewna to już chyba wyobraźnia naszego kierowcy. Dojeżdżamy. Miejsce w środku lasu. Dom, drewniane szopy, spichlerz czy coś podobnego. Aura tajemnicy. Ciekawe z której strony nadeszła pielgrzymka z krzyżem, na którym miał zawisnąć Eljasz, aby odnowić ofiarę odkupienia. W końcu Tamta była tak dawno i trochę się już zdezaktualizowała. Ciekawe w którą stronę uciekał, gdy „Judasz” tak jak onegdaj pocałunkiem wskazał tłuszczy tego, po którego przyszli. Co się z nim stało? Wiadomo tylko, że Rosjanie wywieźli go na Syberię. Tam słuch o nim zaginął. Wspaniałe tereny. Cudne manowce. Wędrowanie prawdziwe, całkowite. Jeden z piękniejszych wyjazdów w moim życiu. wtorek, 30 października 2007, ziolkofski
|
Pozdrowienia :]